Oryginalne
- Bill, please.
powiedziane (a wręcz warknięte barked) do kelnera zostało przetłumaczone na
- Bill, rachunek.
No proszę, jeśli robić babole, to nie na takim poziomie.
poniedziałek, 9 lutego 2015
piątek, 6 lutego 2015
O InPoście
Przeżyłam jakoś jedno czy drugie awizo wrzucane do skrzynki mimo, że byłam akurat w domu. Dziś na awizie wrzuconym do skrzynki znalazłam dopisek ,,brak dostępu do skrzynki''.
Etykiety:
reszta
czwartek, 5 lutego 2015
środa, 4 lutego 2015
O szpitalu dziecięcym na K.
Ja naprawdę nie wiem, jakim cudem ten system ma się uzdrowić, jak mają zniknąć kolejki, jeśli tam głęboko, w samym szpitalu siedzą zaszłości z lat wielu.
Minister może nawet na głowie stanąć, by likwidować kolejki i ogólny chaos, ale chyba nie da rady jeśli:
- zapisy na planowe zabiegi oczywiście są notowane do komputera, ale oprócz tego muszą być w Bardzo Ważnym Notesie pani Zosi (imię przypadkowe) i nikt inny tego nie może zrobić, dopóki pani Zosia do swojego kajeciku nie zajrzy i terminu nie zaakceptuje;
- tabliczka ,,izba przyjęć zabiegi planowe'' znajduje się tylko i wyłącznie na piętrze trzecim. Nie wiem, czy ktokolwiek trafił tam od razu za pierwszym razem, pytając mniej niż 3 osób lub odwiedzając wszystkie oddziały po drodze;
- przejęcie na zabieg zaplanowany, zarezerwowany miesiąc wcześniej trwało 3 godziny. Tabun rodziców z dziećmi czeka w korytarzu (tym na trzecim piętrze), szczęśliwcy są już przynajmniej wpisani do systemu (przez dość zestresowaną panią Marysię (imię przypadkowe), która każdemu próbuje tłumaczyć, że ten chaos to - słusznie zresztą - nie jej wina), reszta czeka, aż przyjdzie odpowiedni lekarz, zbada dziecko i odeśle na oddział. Przypominam - zabiegi planowe, można z dużym wyprzedzeniem ustalić ile dzieci o której godzinie przyjdzie na jakie zabiegi, a tymczasem lekarze robią na innych piętrach masę innej roboty i gdy który znajdzie minutę wolną, to wskakuje na izbę przyjęć. I nikt nie wie, o której godzinie który lekarz to zrobi.
Ale o personelu złego słowa nie mogę.
I tylko można narzekać na zły los, że H. dostał gorączki już po tym całym cyrku. Noc spędziliśmy tylko po to, by się upewnić, że zabieg[1] przenosimy na za miesiąc. I cała procedura od początku...
[1] Nic wielkiego, dorosły dostałby znieczulenie miejscowe, ale jest pewien problem w przekonaniu dwulatka, by trzymał rękę przez 15 minut nieruchomo, dlatego znieczulamy ogólnie.
Minister może nawet na głowie stanąć, by likwidować kolejki i ogólny chaos, ale chyba nie da rady jeśli:
- zapisy na planowe zabiegi oczywiście są notowane do komputera, ale oprócz tego muszą być w Bardzo Ważnym Notesie pani Zosi (imię przypadkowe) i nikt inny tego nie może zrobić, dopóki pani Zosia do swojego kajeciku nie zajrzy i terminu nie zaakceptuje;
- tabliczka ,,izba przyjęć zabiegi planowe'' znajduje się tylko i wyłącznie na piętrze trzecim. Nie wiem, czy ktokolwiek trafił tam od razu za pierwszym razem, pytając mniej niż 3 osób lub odwiedzając wszystkie oddziały po drodze;
- przejęcie na zabieg zaplanowany, zarezerwowany miesiąc wcześniej trwało 3 godziny. Tabun rodziców z dziećmi czeka w korytarzu (tym na trzecim piętrze), szczęśliwcy są już przynajmniej wpisani do systemu (przez dość zestresowaną panią Marysię (imię przypadkowe), która każdemu próbuje tłumaczyć, że ten chaos to - słusznie zresztą - nie jej wina), reszta czeka, aż przyjdzie odpowiedni lekarz, zbada dziecko i odeśle na oddział. Przypominam - zabiegi planowe, można z dużym wyprzedzeniem ustalić ile dzieci o której godzinie przyjdzie na jakie zabiegi, a tymczasem lekarze robią na innych piętrach masę innej roboty i gdy który znajdzie minutę wolną, to wskakuje na izbę przyjęć. I nikt nie wie, o której godzinie który lekarz to zrobi.
Ale o personelu złego słowa nie mogę.
I tylko można narzekać na zły los, że H. dostał gorączki już po tym całym cyrku. Noc spędziliśmy tylko po to, by się upewnić, że zabieg[1] przenosimy na za miesiąc. I cała procedura od początku...
[1] Nic wielkiego, dorosły dostałby znieczulenie miejscowe, ale jest pewien problem w przekonaniu dwulatka, by trzymał rękę przez 15 minut nieruchomo, dlatego znieczulamy ogólnie.
Etykiety:
reszta
czwartek, 29 stycznia 2015
Bułeczki z boczkiem, cebulą i ziołami
Z samego ciasta robię czasami bułeczki bez dodatków - takie zwykłe, pasujące do wszystkiego, dziś trochę pokombinowałam i wyszło tak
ok. 20 bułeczek
Ciasto:
350ml wody
450g mąki pszennej
50g mąki pszennej razowej
5ml soli
5ml cukru
opakowanie suchych drożdży
Nadzienie:
50g wędzonego boczku
mała cebula
2 łyżki oleju
tymianek i/lub rozmaryn
ser żółty
Zagnieść ciasto i zostawić do wyrośnięcia. Boczek pokroić w drobną kostkę (polecam zamrozić i zetrzeć na tarce z grubymi oczkami), cebulę drobno posiekać. Rozgrzać na patelni olej, włożyć boczek i cebulę i na małym ogniu smażyć, aż cebula zmięknie. Po wyrośnięciu ciasto rozwałkować na prostokąt grubości 0.5-1cm, rozłożyć nadzienie, posypać tymiankiem i /lub rozmarynem i zwinąć w rulon. Kroić na ok.2cm kawałki, ułożyć na blasze i znów zostawić do wyrośnięcia. Posypać startym serem żółtym. Do piekarnika wlać szklankę wody/postawić naczynie z wodą lub wsypać kostki lodu i piec bułeczki ok. 20 minut w 220 stopniach. Jeśli będą za mocno się spiekać, pod sam koniec można zmniejszyć temperaturę do 200 stopni. Jeść póki ciepłe.
ok. 20 bułeczek
Ciasto:
350ml wody
450g mąki pszennej
50g mąki pszennej razowej
5ml soli
5ml cukru
opakowanie suchych drożdży
Nadzienie:
50g wędzonego boczku
mała cebula
2 łyżki oleju
tymianek i/lub rozmaryn
ser żółty
Zagnieść ciasto i zostawić do wyrośnięcia. Boczek pokroić w drobną kostkę (polecam zamrozić i zetrzeć na tarce z grubymi oczkami), cebulę drobno posiekać. Rozgrzać na patelni olej, włożyć boczek i cebulę i na małym ogniu smażyć, aż cebula zmięknie. Po wyrośnięciu ciasto rozwałkować na prostokąt grubości 0.5-1cm, rozłożyć nadzienie, posypać tymiankiem i /lub rozmarynem i zwinąć w rulon. Kroić na ok.2cm kawałki, ułożyć na blasze i znów zostawić do wyrośnięcia. Posypać startym serem żółtym. Do piekarnika wlać szklankę wody/postawić naczynie z wodą lub wsypać kostki lodu i piec bułeczki ok. 20 minut w 220 stopniach. Jeśli będą za mocno się spiekać, pod sam koniec można zmniejszyć temperaturę do 200 stopni. Jeść póki ciepłe.
Etykiety:
kuchnia
niedziela, 11 stycznia 2015
poniedziałek, 5 stycznia 2015
Camilla Läckberg, Christian Hellberg, Smaki z Fjällbacki
Ponieważ:
1. Fjällbacka zrobiła na mnie wielkie wrażenie
2. M. po raz pierwszy w życiu jadł tam krewetki i ponoć pamięta to do tej pory (a było to pół jego życia temu) i jego miłość do krewetek jest niezmienna
książkę kupić musiałam (50% zniżki w Empiku pomogło w decyzji), nawet gdybym miała z niczego nie skorzystać.
Christian Hellberg to według opisu na okładce ,,jeden z najwybitniejszych szefów kuchni w Szwecji'' i to (niestety lub nie, zależy jak spojrzeć) widać. Mimo zapewnień na każdej stronie, że to przepisy na proste, tradycyjne jedzenie zwyczajnych ludzi jakoś ciężko mi uwierzyć, że są nimi np. przegrzebki z salsą z arbuza i dipem truflowym. Dominują przepisy na ryby i owoce morza, co akurat jest zrozumiałe, niestety nie wiem, kiedy i czy w ogóle będę miała kiedyś okazje przyrządzić homarce, czarniaka, szkarłacicę albo żabnicę.
Czaję się za to mocno na muffinki z kardamonem i jabłkami.
Z dań prostych zrobiły na mnie wrażenie ziemniaki z koperkiem. Czy próbowaliście kiedyś gotować ziemniaki _z_ koperkiem i cytryną?
Wydana ładnie, są zdjęcia potraw i samej Fjällbacki, zaglądać będę.
1. Fjällbacka zrobiła na mnie wielkie wrażenie
2. M. po raz pierwszy w życiu jadł tam krewetki i ponoć pamięta to do tej pory (a było to pół jego życia temu) i jego miłość do krewetek jest niezmienna
książkę kupić musiałam (50% zniżki w Empiku pomogło w decyzji), nawet gdybym miała z niczego nie skorzystać.
Christian Hellberg to według opisu na okładce ,,jeden z najwybitniejszych szefów kuchni w Szwecji'' i to (niestety lub nie, zależy jak spojrzeć) widać. Mimo zapewnień na każdej stronie, że to przepisy na proste, tradycyjne jedzenie zwyczajnych ludzi jakoś ciężko mi uwierzyć, że są nimi np. przegrzebki z salsą z arbuza i dipem truflowym. Dominują przepisy na ryby i owoce morza, co akurat jest zrozumiałe, niestety nie wiem, kiedy i czy w ogóle będę miała kiedyś okazje przyrządzić homarce, czarniaka, szkarłacicę albo żabnicę.
Czaję się za to mocno na muffinki z kardamonem i jabłkami.
Z dań prostych zrobiły na mnie wrażenie ziemniaki z koperkiem. Czy próbowaliście kiedyś gotować ziemniaki _z_ koperkiem i cytryną?
Wydana ładnie, są zdjęcia potraw i samej Fjällbacki, zaglądać będę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
