Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 czerwca 2018

Jacek Dukaj, Lód

Się przeczytało się.

środa, 19 lipca 2017

Czytam, choć o tym mało piszę

Doszłam w końcu do momentu, w którym zaczęły mnie nużyć kryminały. Serio. Chyba zaaplikowałam sobie zbyt dużą dawkę debiutantów kupionych w przecenie i muszę odpocząć. Jeden Galbraith na odtrutkę nie wystarczył.
Ostatnio przeczytałam (chwilowo autorkę i tytuł pominę, bo wyrzuciłam z pamięci, ale jak będzie zapotrzebowanie, to odnajdę) kryminał, którego akcja dzieje się w czasie II WŚ w Krakowie, a głównym bohaterem jest prywatny detektyw, Polak. I ten Polak owszem, ucieka czasami przed Niemcami, ale nie przeszkadza to w niczym, żeby wchodził sobie swobodnie do siedziby Gestapo (bo studiował z jednym z jej dowódców), żeby przesiadywał w kawiarniach dla Niemców, żeby uwodziła go bogata, piękna i wcale nie głupia niemiecka dama, wcześniej romansująca z najwyższymi urzędnikami Rzeszy. A ruch oporu dopuszcza go do tajemnic i daje mu misję.
I jeszcze że Gestapo robi sekcje zwłok zakatowanym przez siebie na przesłuchaniach Polakom.
Z historii jestem niestety słaba, ale naprawdę?

Po tym, gdy zaczęłam czytać Niebieski autobus Kosmowskiej (dlaczego dopiero teraz?! siedział w kindlu chyba od roku) wreszcie nie mam wrażenia, że ktoś robi ze mnie idiotę.

środa, 25 stycznia 2017

Sue Grafton, C jak cisza

Skończyłam czytać. Wiem, kto zabił. Ani słowa dlaczego i w jakich okolicznościach. Czy u Grafton zawsze tak jest i czy zawsze tytuł nie ma nic wspólnego z treścią?

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Sue Grafton, C jak cisza (w trakcie)

Zuzanka już nie raz wspominała o błędach w książkach Grafton, ale litości, są pewne granice.
Sytuacja jest taka: odnajdują zakopany dawno temu w ziemi samochód. Rozmowa głównej bohaterki z jednym z obserwujących to mężczyzn.
Mówi on:
- O, tak. Samochód zajął miejsce jakichś stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych ziemi.
i dalej tłumaczy:
- Największa wywrotka, jakiej używano w tamtych czasach, miała pojemność około pięciu metrów kwadratowych.

Po pierwsze: kwadratowych?!
Po drugie: jakakolwiek by to nie była jednostka, jaki duży musiał być ten samochód (osobowy, nie wspomniałam wcześniej), żeby trzeba było 30 wywrotek do wykopania dołu, do którego by się zmieścił. Chyba że były wielkości taczek.


piątek, 9 grudnia 2016

Harry Dolan, Złe rzeczy się zdarzają

David Loogan jest człowiekiem z przeszłością, którą chce ukryć przed nowym otoczeniem w miasteczku, do którego właśnie się przeprowadził. Dostaje pracę jako redaktor w wydawnictwie wydającym pismo z opowiadaniami kryminalnymi. Zaprzyjaźnia się z właścicielem, z jego żoną również, a przyjaźń dodatkowo wzmacnia się, gdy zostaje poproszony o pomoc w ukryciu zwłok. I nie jest to pierwsze morderstwo w miasteczku. Jak można się domyślić, Loogan będzie jednym z głównych podejrzanych.

Jak na książkę, której akcja dzieje się wśród pracowników wydawnictwa i pisarzy, jest fatalnie zredagowana. Mam wrażenie, że jej prawdziwy redaktor wcale jej nie przeczytał, bo kwiatki są bardzo ciekawe. Choćby taki: jedna z ofiar ma na imię Sean, a detektyw - Shan. I jest scena odprawy na posterunku, w której przełożony wydaje polecenia Seanowi.

Jest też jedna scena, która nie daje mi spokoju, bo jestem pewna, że widziałam ją w jakimś filmie albo serialu, a ta książka sfilmowana nie jest. A było to tak: do głównego bohatera przychodzi znajomy, chwilę rozmawiają, po czym GB idzie na górę do sypialni po swoje rzeczy, bo gdzieś mają razem jechać. Idzie do łazienki, myje twarz i myśli, że w momencie pochylenia nad umywalką jest zupełnie bezbronny i ktoś może go od tyłu zaatakować (ważne 1). Schodzi na dół i widzi, że znajomy siedzi nieżywy w fotelu (ważne 2).
I ja to już widziałam! Tylko gdzie? Mentalista? 24h? Dexter? Chyba te okolice. Nie sądzę, żeby niezależnie od siebie kilka osób wpadło na identyczny pomysł.

środa, 31 sierpnia 2016

Terry Hayes, Pielgrzym

Pielgrzym to najlepszy żyjący agent CIA, który bierze udział tylko w najważniejszych akcjach, a szczegóły omawia bezpośrednio z prezydentem. Taki drugi, a może nawet lepszy Jack Bauer.
Saracen to syn saudyjskiego urzędnika, publicznie ściętego na oczach nastoletniego wówczas chłopaka. Ten postanawia zemścić się za to na zachodnim świecie, przystaje do radykalnych grup muzułmańskich, walczy jako mudżahedin w Afganistanie (strącając 2 albo nawet 3 rosyjskie helikoptery), a potem - uwaga, uwaga, zaraz to rozwinę - studiuje medycynę, żeby wiedzę tam zdobytą wykorzystać przeciwko USA.
Oczywiście Pielgrzym zostaje wysłany do złapania Saracena, tropy wiodą do Turcji, a ponieważ agent nie może tak ostentacyjnie występować w swojej roli, podszywa się pod agenta FBI badającego tragiczną śmierć pewnego Amerykanina. Współpracuje przy tym śledztwie z turecką policjantką Leilą Cumali, która na końcu okazuje się fvbfgeą Fnenpran.
I to nie jest tak, że książka jest zła, bo fabuła jest nieprawdopodobna, przy tego typu lekturze nieprawdopodobieństwo tylko wzmaga ciekawość. Choć muszę przyznać, że tu autor mocno pojechał. Ksiązka jest po prostu za długa, za bardzo przegadana (jest pisana w pierwszej osobie przez Pielgrzyma), bardzo, ale to bardzo spowalniając akcję. Do tego nie rozumiem podziału na rozdziały (każdy zaczyna się od nowej strony), czasami w trakcie akcji. Przez to z książki robi się niewygodna do trzymania cegła, żałowałam, że nie kupiłam e-booka.
Poza tym (nie rotuję, kto nie chce, niech nie czyta):
1. Saracen studiuje medycynę, bo chce stworzyć wirus ospy prawdziwej, odporny na szczepionki. Ospa prawdziwa istnieje już tylko w laboratoriach, pilnie strzeżona, poza tym po wydostaniu się jej na wolność dałoby się opanować epidemię szczepionkami. Saracen studiuje medycynę, żeby nauczyć się, jak zmodyfikować wirusa, by szczepionki były nieskuteczne. Taaak... Ja bym tak wybrała raczej biotechnologię, bo przyszli medycy uczą się, jak zabijać wirusy, a nie jak je tworzyć. Czy jest na sali lekarz i może to potwierdzić?
Miałam zresztą sporo do czynienia z naukowcami biologami i biotechnologami, którzy robili różne sztuczki na DNA i RNA różnych żywych i nie żywych stworzeń (wirusa nie zawsze zalicza się do istot żywych), badali je pod różnym kątem, zaglądali w geny, nukleodyty, odkodowywali kodony, szukali miejsca inicjacji replikacji drożdży i masę innych rzeczy. I żaden z nich nie miał nic wspólnego z wykształcenia z medycyną.
Ale to nie koniec.
Gdy już skończył tę medycynę, kupił sobie wyposażenie laboratorium i tego wirusa zsyntetyzował. I ja nawet wierzę, że to jest możliwe. Ale nie przez jedną osobę, w kilka miesięcy, gdzieś na zadupiu na Środkowym Wschodzie, bez kontaktu z nikim ze środowiska naukowego. Cały sprzęt i odczynniki kupił w Internecie (no dobra, może się i da), wiedzę również tam nabył. Taaak... Byłam kiedyś w Instytucie Maxa Plancka w Berlinie, właśnie w dziale (głupie 6 pięter i przynajmniej kilkadziesiąt pracujących naukowo osób), który takimi rzeczami się zajmuje, poznałam sporo osób grzebiących w DNA i nie ma siły, nie uwierzę, że jedna osoba jest w stanie ogarnąć wszystkie aspekty tej pracy, i koncepcję, i wiedzę, i doświadczenie, i obsługę laboratorium.

Mało? To:
2. Amerykanin, którego śmierć bada Pielgrzym zginął spadając z balkonu domu zbudowanego na klifie. Wiele wskazuje na samobójstwo lub wypadek. Ale... Śmierć nastąpiła w trakcie pokazu fajerwerków, ofiara obserwowała je ze swojego domu ze sporej odległości. I ten Pielgrzym odkrył, że w pokoju, w którym przebywała ofiara jest duże lustro, które jest przecież pokryte warstwą światłoczułą, a że fajerwerki błyskały światłem (to co, że z kilku kilometrów), to na lustrze musiało się zrobić zdjęcie będących tam wtedy osób. Serio. I się zrobiło. I tak odkrył, że były tam 2 osoby.

Przy tym nawet ciągłe nazywanie dziecka Cumali ,,małym faciem'' już nie denerwowało.

niedziela, 24 lipca 2016

Anna Dziewit-Meller, Disko

Lekka powieść na bardzo nielekki temat. Lata 90-te ubiegłego wieku, Paweł Kozioł ma około 30 lat i bogatą przeszłość związaną z tańcem oraz krótkim epizodem współpracy z lokalną mafią. Ta ostatnia zakończyła się z chwilą spotkania Pawłowego policzka z mafijnym rozgrzanym żelazkiem, pozostawiając duża bliznę i spartolony przez lekarza implant skóry. Teraz Paweł ma szansę się ustatkować i zupełnie legalnie pracować w szkole jako instruktor tańca w piątej klasie szkoły podstawowej. A Paweł bardzo lubi dzieci. Zwłaszcza dziewczynki na progu dorastania. Paweł mocno angażuje się w życie klasy, a zdając sobie sprawę z własnej słabości zmusza się do romansu z nauczycielką języka angielskiego, by zachować pozory normalności.
Mam tylko wrażenie, że zabrakło ostatniego rozdziału. Akcja urywa się w kulminacyjnym momencie, reszty można się co prawda domyślić, choć potencjał na kolejnych kilka rozdziałów jest.
Ale i tak najlepsze w książce są postacie, i te główne i te drugoplanowe opisane są barwnie, z sympatią i humorem.

sobota, 2 stycznia 2016

Joanna Chmielewska, Byczki w pomidorach

Do domku Alicji w Birkerod przybywa cała masa ludzi, w tym bliżej jej nieznani, ale poleceni państwo Buccy. Pani jest bardzo milcząca i swoim milczeniem i staraniem bycia niezauważoną wręcz denerwująca, pan jest natomiast denerwujący wprost i ostentacyjnie. Rychło okazuje się, że to kawał szui, a każdy albo go zna osobiście ze złej strony albo słyszał od innego bliskiego równie złe rzeczy. Ponieważ to kryminał, więc trup musi być, ale nikt specjalnie nie płacze z tego powodu.
Joanna jest, Alicja jest, Birkerod jest, pan Muldgaard jest, ale czegoś książce brakuje. Chyba miała powtórzyć sukces Wszystko czerwone. Cała paczka spędza czas na jedzeniu i piciu (jedna kawa i herbata po drugiej i ani jednej wzmianki o potrzebie wyjścia do toalety), przestawianiu stołu i plotkowaniu o państwu B. To trochę za mało.

wtorek, 28 lipca 2015

Katarzyna Bonda, Florystka

W Białymstoku ginie dziewczynka. Być może ma znaczenie to, że jest pół Romką. W jej odnalezieniu mają pomóc dwaj psychologowie-profilerzy kryminalni Hubert Meyer i Lena Pawłowska. Coś ich nawet kiedyś łączyło, teraz kilka razy też, ale raczej tworzą parę wybuchową. Nie jest to może kluczowe dla sprawy, ale ubarwia opowieść. Meyer w zasadzie odsunął się od tego typu pracy po poprzedniej, bolesnej wpadce, ale zgadza się zaangażować na prośbę kolegi. Profilerzy zauważają szybko, że sprawa dziewczynki wiąże się z dwiema tragicznymi śmierciami - chłopca (flan sybelfgxv) i młodej kobiety - sprzed kilku laty. Śledztwo toczy się mozolnie, z przeszkodami (bo ciężko za okoliczność pomagającą uznać choćby to, gdy Meyer dowiaduje się, że został zatrudniony po to tylko, by się spektakularnie skompromitować, a Lena - by go śledzić i kontrolować), wątki i podejrzani się mnożą, sprawy komplikują. Tytułowa florystka raz bywa ofiarą, raz podejrzaną.

Podobało mi się, że żaden z bohaterów nie jest jednoznaczne zły, ani jednoznacznie dobry. Bałam się, że Lena będzie taką superkobietą twardzielem, jakich ostatnio dużo w kryminałach. Ale i ona ma swoje słabości, których nie ukrywa, a tworzą z niej prawdziwego człowieka.

Bardzo taktownie przedstawiony jest wątek romski, nawet w tle nie widać żadnych waśni między nimi a Polakami. Ot, po prostu są, mniejszość jak każda inna. Jeden z wysoko postawionych policjantów przyznaje się nawet, że jest spokrewniony z zaginioną dziewczynką.

Jednego mi brakowało - choćby akapitu raportu profilerów. Poznajemy tylko ich rozterki i dyskusje, a potem gotowe wnioski, z których korzysta policja i prokurator. Pewnie takie rzeczy są nudne, ale na potrzeby książki dałoby się pewnie coś wykroić. A widać, że autorka zrobiła kawał porządnej, riserczerskiej roboty.

poniedziałek, 13 lipca 2015

Jo Nesbo, Człowiek nietoperz

Harry Holy, policjant z Norwegii jedzie do Australii znaleźć mordercę Inger Holter, również Norweżki. Poznaje tam (i wdaje się w romans z nią) uroczą Szwedkę Birgittę, zaprzyjaźnia z policjantem Aborygenem Andrew i zalicza pijacki rajd w knajpach Sydney. Szybko okazuje się, że morderstwo jest kolejnym z wielu podobnych, a zabójca nie ma zamiaru nikogo oszczędzić.
I to nie dlatego, że Aborygeni, cyrkowcy i klowni-geje są mi kompletnie obcy, choć są. I nawet nie dlatego, że nie trafiają do mnie książki i filmy dziejące się w dwóch środowiskach - bokserów i wojskowych. Tu akurat są bokserzy. Jest w tej książce coś, przez co czyta się ją ciężko. Być może to policjanci opowiadający sobie w pubie przy piwie rzewne opowieści Aborygenów[1] albo maniera mówienia głównych bohaterów.

Przykład.
- A jeśli nie uda ci się odepchnąć tego strachu?
- Nie chodzi o wyrzucenie go, tylko zepchnięcie gdzieś na bok. On musi tam być, niczym ostry, wyraźny ton, jak dotyk zimnej wody na skórze.[...] A potem strach miesza się z krwią i czyni cię szczęśliwym i silnym. Jeśli zamkniesz oczy, zobaczysz go pod postacią pięknego jadowitego węża, który spogląda na ciebie swoim wężowym wzrokiem.
Serio? Tak rozmawiają faceci? Być może znam za mało norweskich policjantów i Aborygenów. W każdym razie czuję lekkie rozczarowanie, nie rozumiem fenomenu Nesbo i nie mam potrzeby sięgnięcia po kolejne tomy.

[1] Wyobrażamy sobie teraz obcokrajowca w Polsce, któremu tubylcy za każdym razem opowiadają a to o Wandzie, co nie chciała Niemca, a to o Warsie i Sawie, wszystko w bardzo sentymentalnym tonie.

środa, 8 kwietnia 2015

Robert Galbraith, Wołanie kukułki

Cormoran Strike[1] jest weteranem wojny w Afganistanie, synem znanego rockmana, próbującym zarabiać na życie jako prywatny detektyw. Klientów jednak ma niewielu, a gdy rzuciła - i wyrzuciła z mieszkania - dziewczyna, jest zmuszony nocować w biurze. Nie stać go nawet na asystentkę/sekretarkę, ale na jakiś czas zatrudnia Robin, przysłaną z agencji pracy tymczasowej. Nadzieją na przypływ gotówki jest zlecenie, które dostaje od pewnego prawnika z wyższej klasy wyższej, który zleca Strikowi zbadanie przyczyny śmierci jego przyrodniej siostry, znanej i bogatej supermodeli Luli Landry, zwanej Kukułką. Oficjalna wersja mówi o samobójstwie, brat jednak w to nie wierzy. Strike musi wejść w bagienko wielkiej mody i dużych pieniędzy, wszedobylskich paparazzi i znudzonych żon bogatych mężów.

Dziwnym trafem jest to druga w ostatnim czasie powieść (po Pokerze z rekinem Doncowej), jaka mi się trafiła, w której qbpubqmravr myrpn zbeqrepn. Nadal nie rozumiem po co.

O wiele łatwiej by się czytało, gdybym lepiej znała Londyn (bo umówmy się, znajomość położenia głównych zabytków to żadna znajomość), ale cieszy scena, w której Strike je obiad w tej samej restauracji, w której sama jadłam. Galbraith/Rowling osadza akcję w bardzo konkretnych miejscach i nawet nazwiska kreatorów mody są prawdziwe[2].

Galbraith to pseudonim J.K. Rowling, tej od Harry'ego Pottera. Harry'ego czytałam dawno temu dwa pierwsze tomy, nie pamiętam stylu, w każdym razie ,,Wołanie...'' napisane jest bardzo sprawnie i zapowiada się całkiem sympatyczny cykl. Dla mnie problemem (takim moim własnym) było wyobrażenie sobie, który aktor mógłby zagrać Strike'a? Według autorki jest on gruby, niezgrabny, brzydki i ma bardzo niefajne włosy. Mało filmowa postać.

[1] Wiele spotykających go osób dziwi się nietypowemu nazwisku. Czyżby Cormoran był dla odmiany popularnym imieniem?
[2] Tym większe zdziwienie, że jedna z pobocznych bohaterek paraduje w ,,szydełkowym płaszczu'', a po sprawdzeniu w wersji angielskiej i w google nazwiska projektanta okazało się, że rzeczywiście ktoś taki sprzedaje dizajnerskie szydełkowe płaszcze.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Robert Galbraith, Wołanie kukułki (w trakcie)

Oryginalne
- Bill, please.
powiedziane (a wręcz warknięte barked) do kelnera zostało przetłumaczone na
- Bill, rachunek.

No proszę, jeśli robić babole, to nie na takim poziomie.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Camilla Läckberg, Christian Hellberg, Smaki z Fjällbacki

Ponieważ:
1. Fjällbacka zrobiła na mnie wielkie wrażenie
2. M. po raz pierwszy w życiu jadł tam krewetki i ponoć pamięta to do tej pory (a było to pół jego życia temu) i jego miłość do krewetek jest niezmienna
książkę kupić musiałam (50% zniżki w Empiku pomogło w decyzji), nawet gdybym miała z niczego nie skorzystać.


Christian Hellberg to według opisu na okładce ,,jeden z najwybitniejszych szefów kuchni w Szwecji'' i to (niestety lub nie, zależy jak spojrzeć) widać. Mimo zapewnień na każdej stronie, że to przepisy na proste, tradycyjne jedzenie zwyczajnych ludzi jakoś ciężko mi uwierzyć, że są nimi np. przegrzebki z salsą z arbuza i dipem truflowym. Dominują przepisy na ryby i owoce morza, co akurat jest zrozumiałe, niestety nie wiem, kiedy i czy w ogóle będę miała kiedyś okazje przyrządzić homarce, czarniaka, szkarłacicę albo żabnicę.
Czaję się za to mocno na muffinki z kardamonem i jabłkami.
Z dań prostych zrobiły na mnie wrażenie ziemniaki z koperkiem. Czy próbowaliście kiedyś gotować ziemniaki _z_ koperkiem i cytryną?
Wydana ładnie, są zdjęcia potraw i samej Fjällbacki, zaglądać będę.

sobota, 6 września 2014

Helen Fielding, Bridget Jones. Szalejąc za facetem (w trakcie)

Czy nikt w wydawnictwie nie czytał tej książki przed drukiem? Na jednej stronie Bridget wspomina, że Bill lubi trudne puzzle i mógł je z Markiem godzinami układać, a na kolejnej dowiadujemy się, że Mark zginął, gdy Bill miał dwa lata.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Anna Mulczyńska, Powrót na Staromiejską

Ponieważ nie mogłam się zdecydować, na którym blogu umieścić tę recenzję, jest w kawałkach na obu.

Weronika Peterson wraca do Polski ze Szwecji po nieudanym małżeństwie. Dziedziczy po dziadku kamieniczkę, w której zamieszkuje oraz otwiera sklepik dla kreatywnych (i nie chce, by nazywano go pasmanterią): szyjących, haftujących, dekupażujących, dziergających, malujących. Postanawia nie wchodzić w nowe, poważne związki zanim nie skończy szyć kołderki Dear Jane. Plany te - nieangażowania się - jak można się spodziewać, nie udają się, gdy poznaje Edka, prowadzacego po sąsiedzku włoską restaurację. Założenie i prowadzenie sklepu wiąże się oczywiście z pewnymi trudnościami (wielki plus dla autorki za nielukrowanie rzeczywistości), ZUS, podatki, formalności, cło i inne przyziemne przyjemności, z którymi borykają się przedsiębiorcy, a i droga do związku z Edkiem też ma oczywiście obowiązkowe wyboje.

Twórcy dzieł fabularnych, ale specjalistycznych mają zazwyczaj problem z pokazaniem widzowi-laikowi pracy owych specjalistów. Lekarze ze zdziwieniem oglądają Doktora House'a, kryminalistycy - CSI'e, ja osobiście rechotałam na Wzorze.

Teraz fragment na drugim blogu.

Jak na komedię romantyczną (gdyby to był film, to pewnie by został tak zaklasyfikowany) przystało, jest też kilka scen trochę nierealnych (jarmark choćby), ale wybaczam w kontekście tego, co wyżej.

Aha, ja bym tylko inaczej nazwała głównych bohaterów - Edzio i Wercia za bardzo świdrowały mi w uszach :).

I jest kot. I czekam na kolejne tomy.

niedziela, 4 maja 2014

Richard Castle, Nadchodzący Storm

Gdy pierwszy raz przeczytałam, że dostępne są książki napisane przez Richarda Castle'a, myślałam, że to żart. Ale nie był. Książki naprawdę są, a tożsamość prawdziwego autora wciąż jest nieznana. Ponoć jest to ktoś, kto pojawił się w serialu, a kilku prawdziwych pisarzy rzeczywiście przez niego się przewinęło.

Derrick Storm ma za sobą przeszłość agenta (szpiega?), teraz oficjalnie nie żyje i spędza spokojne życie między innymi łowiąc ryby. Odnajduje go jednak jego stary przełożony Jedidiah Jones i prosi o pomoc w znalezieniu porwanego pasierba senatora. Stormowi ma pomagać atrakcyjna agentka FBI April Showers, nie jest on zbyt chętny do wspłpracy, ale za to bardzo chętnie i często obdarza ją mocno seksistowkimi i wulgarnymi uwagami (co na niej chyba nie robi wrażenia, dziwne, biorąc pod uwagę amerykańskie standardy zachowań w miejscu pracy). Storm porywaczy oczywiście znajduje. Akcja wydaje mi się w tym miejscu za bardzo ucięta, jest to pierwszy tom trylogii, ale trochę bardziej mógłby stanowić całość, nie wiem, czy chce mi się czytać kolejne tomy.

Arcydzieło to nie jest, bardzo przeciętne wręcz, po jednym tomie właściwie niewiele wiem o głównym bohaterze (ale za to wiem, jaki miał kolor koszuli idąc na akcję, tylko po co mi to?). Zawiodła mnie długość, nie nazwałabym tej ksiązki powieścią, raczej dłuższym opowiadaniem. Gdyby to był serial, to akurat na jeden odcinek by wystarczyło. No, ale kupując e-booka nie wiem, czego się spodziewać.
Czy seria o Nikki Heat jest podobna? Warto?

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Dan Brown, Inferno

Budzi się i nic nie pamięta. Uciekają. Wykład pt. Zabytki Florencji. Uciekają. Wykład pt. Zabytki Wenecji. Uciekają. Wykład pt. Zabytki Stambułu. Ta dobra okazuje się tą złą. A nie, na końcu znów jest dobra. I piękna (choć łysa) i inteligentna. Ci źli okazują się dobrzy. Przez cały czas wykład pt. Boska Komedia Dantego. Logika też zawodzi, bo to, że wrqan gemrpvn yhqmxbśpv oęqmvr ormcłbqan avr bmanpmn, żr cbchynpwn mzavrwfml fvę b wrqaą gemrpvą. A i tak w krajach cywilizowanych ponoć wrqan pmjnegn cne avr zbżr zvrć qmvrpv.
Nie wiem tylko, po co było to coś, co jak się potrząsnęło, to świeciło. Bo nie wystrzeliło w ostatnim akcie.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Henning Mankell, Niespokojny człowiek

W trakcie samotnej popijawy Wallander gubi służbową broń, za co zostaje karnie zawieszony w pracy. Na uroczystości z okazji 75-tych urodzin teścia jego córki, Håkana von Enke, emerytowanego wojskowego, ten opowiada mu swoją historię, a zwłaszcza pewnien wątek z czasów zimnej wojny, w który zamieszane były służby szpiegowskie kilku państw oraz prawdopodobnie sam premier. Po jakimś czasie Håkan ginie, a wkrótce potem również jego żona Louise. Kurt oczywiście pomaga zupełnie prywatnie w śledztwie. Gdy Louise zostaje znaleziona martwa, coraz więcej poszlak wskazuje, ze zniknięcie małżonków von Enke ma coś wspólnego ze wspomnianą aferą szpiegowską.

Ostatni tom z Wallanderem, robi się coraz bardziej ponuro (na chwilę pojawia się Baiba Liepa i też nie jest wesoło), a na końcu Mankell nie zostawia złudzeń, że dalszego ciągu nie będzie.

Niespokojny człowiek to również jeden (ale dla odmiany nie ostatni) z odcinków szwedzkiego serialu. O ile drobne zmiany względem książki są konieczne, to nie rozumiem, dlaczego jcyągnyv Ybhvfr j ebznaf. W książce to przecież dobra kobieta była. Aha, i dlaczego Ytterberg w filmie jest kobietą? Nic to nie wnosi nowego, nic nie zmienia, to po co?

A dom Wallandera mógłby leżeć w takiej oolicy


Kilka km na zachód od Ystad. To jest ten sam Bałtyk[1], co u nas, wcale nie tak daleko. I nie ma szerokiego pasa wydm (jak widać nie potrzeba, skoro domy stoją prawie przy samym brzegu), trawa wchodzi niemal do samej wody, w niektórych miejscach bardziej przypomina jezioro (właśnie z powodu tej trawy i domków kempingowych stojących kilka metrów od brzegu) niż morze, do którego się przyzwycziliśmy.

[1] Jest jeszcze jedna różnica - słońce zachodzi po prawej stronie (patrząc na morze z plaży), nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak.

poniedziałek, 23 września 2013

Zadie Smith, O pięknie

Profesor Howard Belsey (biały) ma czarnoskórą żonę, 3 dorosłych dzieci, jest specjalistą od Rembrandta i wiedzie dość monotonne życie. Monotonię zaburza nieco przybycie jego odwiecznego wroga - profesora Monty'ego Kippsa wraz z rodziną. Rodziny zaczynają mieć ze sobą więcej wspólnego, bo a to panowie z jednej prześpią się z kobietami z drugiej, a to żony się zaprzyjaźnią.
Być może za bardzo przyzwyczaiłam się do kryminałów i nawet od powieści obyczajowej oczekuję schematu ,,początek, rozwinięcie, zakończenie''. Tu to wszystko się rozmywa, jakby poprzestawiać ze sobą wiele scen, niewiele by to zmieniło.
Brakowało mi głównego bohatera. Wydarzenia rozywają się po całej rodzinie, nie ma ani kogo specjalnie polubić, ani znielubić. Ani się po prostu skupić. Za dużo też chyba oczekiwałam po środowisku naukowym. Po tej książce mam wrażenie, że profesorowie amerykańscy wykładający literaturę piękną zajmują się słuchaniem rapu i podziwianiem złożoności tekstów (nawet jak ich do końca nie rozumieją, bo rapuje ktoś z Haiti).
Zdecydowanie większy nacisk autorka położyła na problemy czarnoskórych, które sa mi zupełnie nieznane i obojętne. To całe ich ,,siostrowanie'' i ,,bratowanie'' w pewnym momencie zaczęło mnie już nużyć.
Dużą szkodę wyrządził książce ktoś, kto nazwał ją ,,komiczną''. Owszem, jest kilka śmiesznych scen, ale poza tym wcale nie śmieszna proza życia: zdrady, śmierć, problemy w szkole, problemy z drugimi połówkami, problemy mniejszości etnicznych. Kupa śmiechu.

wtorek, 25 czerwca 2013

Martin Widmark, Helena Willis, Biuro detektywistyczne Lassego i Mai

  1. Szwedzki
  2. kryminał
  3. dla dzieci
więc to była tyko kwestia czasu, kiedy zaczniemy go czytać. Cała seria składa się z kikunastu książek, przeczytaliśmy na razie 4 i szukamy okazji do kupienia/pożyczenia kolejnych.

Lasse i Maja mieszkają w miasteczku Valleby[1] i tam pomogają komisarzowi policji w rozwikłaniu zagadek kryminalnych, którymi są a to kradzież książek z biblioteki, a to zniknięcie pucharu dla zwyciezcy w meczu piłki nożnej, czy też seria kradzieży biżuterii pacjentów miejscowego szpitala. Sprawcą może okazać się każdy, nawet cnfgbe.
- Cnfgbe? Cemrpvrż ba wrfg m xbśpvbłn. - M. był szczerze zaskoczony.
Lekko, z humorem (i bez świętości - jedną ze słabości pastora jest jego słaby pęcherz), z pouczeniem dla sprawcy i z genialnymi obrazkami Heleny Willis (szkoda tylko, że nie w kolorze).

Przeznaczone dla dzieci nie tylko z treści, ale i formy. Łatwo się czyta, czcionka jest duża, wersy krótkie, wyrazy łamane tylko jeśli jest to naprawdę konieczne. M. (mimo, że jeszcze nawet nie pierwszoklasista) spokojnie daje radę ciurkiem przeczytać nawet jeden rozdział.

[1] Google maps nie zna takiego miejsca, więc pewnie nie istnieje, tak jak Bullerbyn.