W trakcie samotnej popijawy Wallander gubi służbową broń, za co zostaje karnie zawieszony w pracy. Na uroczystości z okazji 75-tych urodzin teścia jego córki, Håkana von Enke, emerytowanego wojskowego, ten opowiada mu swoją historię, a zwłaszcza pewnien wątek z czasów zimnej wojny, w który zamieszane były służby szpiegowskie kilku państw oraz prawdopodobnie sam premier. Po jakimś czasie Håkan ginie, a wkrótce potem również jego żona Louise. Kurt oczywiście pomaga zupełnie prywatnie w śledztwie. Gdy Louise zostaje znaleziona martwa, coraz więcej poszlak wskazuje, ze zniknięcie małżonków von Enke ma coś wspólnego ze wspomnianą aferą szpiegowską.
Ostatni tom z Wallanderem, robi się coraz bardziej ponuro (na chwilę pojawia się Baiba Liepa i też nie jest wesoło), a na końcu Mankell nie zostawia złudzeń, że dalszego ciągu nie będzie.
Niespokojny człowiek to również jeden (ale dla odmiany nie ostatni) z odcinków szwedzkiego serialu. O ile drobne zmiany względem książki są konieczne, to nie rozumiem, dlaczego jcyągnyv Ybhvfr j ebznaf. W książce to przecież dobra kobieta była. Aha, i dlaczego Ytterberg w filmie jest kobietą? Nic to nie wnosi nowego, nic nie zmienia, to po co?
A dom Wallandera mógłby leżeć w takiej oolicy
Kilka km na zachód od Ystad. To jest ten sam Bałtyk[1], co u nas, wcale nie tak daleko. I nie ma szerokiego pasa wydm (jak widać nie potrzeba, skoro domy stoją prawie przy samym brzegu), trawa wchodzi niemal do samej wody, w niektórych miejscach bardziej przypomina jezioro (właśnie z powodu tej trawy i domków kempingowych stojących kilka metrów od brzegu) niż morze, do którego się przyzwycziliśmy.
[1] Jest jeszcze jedna różnica - słońce zachodzi po prawej stronie (patrząc na morze z plaży), nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak.
poniedziałek, 4 listopada 2013
środa, 30 października 2013
Dwa światy
Można tak i można opieprzyć rodziców, że dzieci, nawet te najmniejsze, chodzą po kościele, a powinny siedzieć i bać się oddychać.
Z pozdrowieniami dla księdza proboszcza.
Z pozdrowieniami dla księdza proboszcza.
Etykiety:
reszta
piątek, 18 października 2013
Tulimy, tulimy
Nie rozumiem tego kota, uszy i wyraz mordki mówią ,,jeszcze raz mnie dotkniesz i podrapię lub ugryzę'', a jednocześnie reszta kota wygina się do głaskania.
wtorek, 15 października 2013
O chodzeniu
Ciekawostka z cyklu ,,każde dziecko jest inne'': H. nie potrafi chodzić za rękę. Chwycony od razu wyrywa się, zatrzymuje, siada, wykręca, wrzeszczy. Sam nigdy nie prosi o przytrzymanie go i prowadzenie, jeśli potrzebuje oparcia, to chwyta się tego, co akurat ma najbliżej.
Etykiety:
dzieci
poniedziałek, 14 października 2013
O żłobkach
System zapisów do poznańskich żłobków daje złudną nadzieję, że wszystko działa znakomicie. Proszą, by wpisać do którego żłobka i od kiedy ma uczęszczać moje dziecko. Odpowiedzi ,,któregokolwiek w promieniu 5km, a do terminu się dostosuję'' nie przewidziano. Przewiduję brutalne zderzenie z rzeczywistością, gdy wydrukowany wniosek zaniosę do ,,żłobka pierwszego wyboru''.
Etykiety:
życie
piątek, 11 października 2013
O jedzeniu w szkole, czyli chciałabym być Jamiem Oliverem
Pisałam już, jak to M. został poczęstowany w szkolnej stołówce wyłącznie makaronem z cukrem. Sytuacja się poprawiła, M. został pouczony na okoliczność, obiecał zjadać choć trochę zupy i brać całe drugie danie[1].
Ale ja nie o tym.
W jego szkole jest katering, jedzenie dowozi firma, która wygra przetarg, czyli po prostu będzie najtańsza. I tu jest problem. Wiadomo, że żeby było tanio, musi być mało albo marnej jakości. Na obiady niby nie narzeka, twierdzi, że są dobre i się najada. Nie mam powodów, by mu nie wierzyć. Ale spojrzałam na menu śniadaniowe (z tej samej stołówki korzysta też przedszkole), a tam już tak fajnie nie było.
Scenka ze stołówki: w okienku wydają chleb z masłem, a pani opiekująca się dziećmi kładzie na niego, co tam akurat w danym dniu jest. Akurat był dżem (tylko i wyłącznie[2]). Pani wróciła do okienka i poprosiła o odrobinę dżemu, bo dla jednego dziecka nie wystarczyło. Uslyszała, że już nie dostanie. Zatem rodzicu któregoś dziecka w Poznaniu, wiedz, że twoje dziecka zjadło bardzo pożywny posiłek tego dnia. Za który oczywiście zapłaciłeś normalną stawkę.[3]
Ile może kosztować porcja dżemu dla jednego przedszkolaka? Naprawdę firma od tego zbankrutuje?
Nie jestem przeciwnikiem stołówek i kateringu w ogólności. Sama lubię, gdy ktoś mi podaje jedzenie i zmywa po mnie naczynia (z wyjątkiem mojego domu, tam wolę robić to sama). Nie twierdzę, że od jedzenia nie-domowego robi się dzieciom krzywdę, ale litości, chyba są jakieś granice.
I jak to wszystko ma się do podstawy programowej, zarówno przedszkolnej i szkolnej, która mówi, że dziecko ma się orientować w zasadach zdrowego żywienia? Na stołówce szkolnej na pewno się tego nie nauczy.
[1] Z małym ustepstwem na rzecz rosołu i szpinaku.
[2] I pomysleć, że zdarzało mi się narzekać na menu z Maćkowego przedszkola. Teraz widzę, że tam był wypas, do każdego posiłku warzywo lub kawałek owocu, Danonki itp.
[3] Nie lubię takiego argumentu, ale skoro wszystko rozbija się o pieniądze, to się rozbijajmy.
Ale ja nie o tym.
W jego szkole jest katering, jedzenie dowozi firma, która wygra przetarg, czyli po prostu będzie najtańsza. I tu jest problem. Wiadomo, że żeby było tanio, musi być mało albo marnej jakości. Na obiady niby nie narzeka, twierdzi, że są dobre i się najada. Nie mam powodów, by mu nie wierzyć. Ale spojrzałam na menu śniadaniowe (z tej samej stołówki korzysta też przedszkole), a tam już tak fajnie nie było.
Scenka ze stołówki: w okienku wydają chleb z masłem, a pani opiekująca się dziećmi kładzie na niego, co tam akurat w danym dniu jest. Akurat był dżem (tylko i wyłącznie[2]). Pani wróciła do okienka i poprosiła o odrobinę dżemu, bo dla jednego dziecka nie wystarczyło. Uslyszała, że już nie dostanie. Zatem rodzicu któregoś dziecka w Poznaniu, wiedz, że twoje dziecka zjadło bardzo pożywny posiłek tego dnia. Za który oczywiście zapłaciłeś normalną stawkę.[3]
Ile może kosztować porcja dżemu dla jednego przedszkolaka? Naprawdę firma od tego zbankrutuje?
Nie jestem przeciwnikiem stołówek i kateringu w ogólności. Sama lubię, gdy ktoś mi podaje jedzenie i zmywa po mnie naczynia (z wyjątkiem mojego domu, tam wolę robić to sama). Nie twierdzę, że od jedzenia nie-domowego robi się dzieciom krzywdę, ale litości, chyba są jakieś granice.
I jak to wszystko ma się do podstawy programowej, zarówno przedszkolnej i szkolnej, która mówi, że dziecko ma się orientować w zasadach zdrowego żywienia? Na stołówce szkolnej na pewno się tego nie nauczy.
[1] Z małym ustepstwem na rzecz rosołu i szpinaku.
[2] I pomysleć, że zdarzało mi się narzekać na menu z Maćkowego przedszkola. Teraz widzę, że tam był wypas, do każdego posiłku warzywo lub kawałek owocu, Danonki itp.
[3] Nie lubię takiego argumentu, ale skoro wszystko rozbija się o pieniądze, to się rozbijajmy.
Etykiety:
życie
poniedziałek, 7 października 2013
O sezonowości
Ja rozumiem, że w dzisiejszych czasach nie jesteśmy już tak zależni od pór roku i najbliższej okolicy i na przykład truskawki z Chin można kupić nawet zimą, ale tulipany w październiku uważam za lekkie przegięcie. Przez chwilę serio zastanawiałam się, czy to przypadkiem wiosna nie idzie. Rozczarowałam się.
Etykiety:
reszta
Subskrybuj:
Posty (Atom)

