środa, 30 sierpnia 2023
czwartek, 24 października 2019
wtorek, 15 października 2019
czwartek, 22 sierpnia 2019
środa, 3 kwietnia 2019
O podsłuchiwaniu
Rozmawiamy z P. o dzieciach, o tym, że rosną, wyrastają z rowerów i że trzeba będzie (rower) M. sprzedać. Na to siedzący nieopodal H. z otwartymi z przerażenia oczami:
- Jak to?! M. sprzedać?!
- Jak to?! M. sprzedać?!
Etykiety:
dzieci
wtorek, 11 grudnia 2018
O omc matce roku
O mały włos zostałabym matką roku. Solidna nominacja.
Fakt 1. Dzieci jadą dziś na wycieczkę. Wyjazd sprzed przedszkola o 10.00.
Fakt 2. H. ma umówioną dawno temu wizytę u pulmonologa, po której dotrzemy do przedszkola ok. 10.30.
Wczoraj zupełnym przypadkiem skojarzyłam oba fakty (o 1. zupełnie wcześniej zapomniałam).
Fakt 1. Dzieci jadą dziś na wycieczkę. Wyjazd sprzed przedszkola o 10.00.
Fakt 2. H. ma umówioną dawno temu wizytę u pulmonologa, po której dotrzemy do przedszkola ok. 10.30.
Wczoraj zupełnym przypadkiem skojarzyłam oba fakty (o 1. zupełnie wcześniej zapomniałam).
Etykiety:
dzieci
wtorek, 4 grudnia 2018
O skandynawskim kryminale
Skandynawski kryminał ma się dobrze. Zostało napisanych tyle książek, tyle trupów padło, że populacja Szwedów jest poważnie zagrożona. Po kilku pobytach tam mogę podrzucić kilka nowych pomysłów na zbrodnie:
1. Ktoś wyrzuca śmieci do lasu. Najlepiej pojedynczo, w różnych miejscach, taki seryjny śmieciarz.
2. Ktoś przekracza dozwoloną prędkość. [1]
To nie przelewki, takie rzeczy na pewno wprowadzą zamieszanie, niepokój i poczucie zagrożenia w lokalnych społecznościach.
[1] O ile pamiętam Wallander kiedyś to zrobił, ale cały czas miał wyrzuty sumienia.
1. Ktoś wyrzuca śmieci do lasu. Najlepiej pojedynczo, w różnych miejscach, taki seryjny śmieciarz.
2. Ktoś przekracza dozwoloną prędkość. [1]
To nie przelewki, takie rzeczy na pewno wprowadzą zamieszanie, niepokój i poczucie zagrożenia w lokalnych społecznościach.
[1] O ile pamiętam Wallander kiedyś to zrobił, ale cały czas miał wyrzuty sumienia.
środa, 18 lipca 2018
Bornholm
Zachowaliśmy tradycyjny północny kierunek wakacyjnego wyjazdu.
Zdecydowanie warto zabrać rowery. Ścieżki rowerowe wokół i w poprzek całej wyspy są dobrze opisane i zwykle wydzielone, na przykład tak, jak niżej.
Na zdjęciu wyżej widać też charakterystyczny bornholmski obrazek, czyli budkę - samoobsługowy sklepik. Wystawione tam są towary z przyczepioną ceną oraz puszka na pieniądze. I o ile na wsi taki widok nie dziwi, towary tam wiele nie są warte, ot parę kilo ziemniaków czy koszyczków malin, to spotkałam nawet taki kiosk w centrum Nexo, a w nim ustawione słoiczki z ręcznie robionymi dżemami ;)
Skoro Bornholm, to obowiązkowo wędzone śledzie.
Zamek Hammershus
Największe tego typu ruiny w północnej Europie, czyli to, co mali chłopcy lubią najbardziej.
Wejście bezpłatne.
Muzeum historii naturalnej Natur Bornholm
Czyli dinozaury[1], historia powstania wyspy, łącznie z trzęsieniem ziemi, które można poczuć, krokodyle, żubry (z dość obszerną informacją o żubrach w Białowieży) i wiele innych oraz mnóstwo rzeczy, które można (albo wręcz trzeba) dotknąć, można wykopać kości dinozaura, przesiać piasek, a żeby pojeździć samochodzikiem, najpierw trzeba ,,wypedałować'' sobie trochę energii, żeby dostać żeton.
Po ponad dwóch godzinach pobytu dzieci wyciąga się siłą i przekupstwem w postaci lodów.
Dużo informacji, łącznie z wyświetlanym filmem i zagadkami do rozwiązania jest po polsku.
Wejście płatne, ale po podpisaniu i potwierdzeniu biletów, można z nich korzystać do końca października (a przynajmniej do końca pobytu).
Christiansø i Frederiksø
Dwie wyspy, do których można dopłynąć z Gudhjem. Podróż trwa niemal godzinę i była wyczynem dość ekstremalnym ze względu na wiatr i fale[2]. Dość powiedzieć, że chyba połowę podróżnych dopadła choroba morska. A H. skulił się na pokładzie, przytulił do liny i zasnął.
Wyspy maleńkie, do obejścia na jeden raz, nie mają nawet dróg dla samochodów, ale za to masę murów obronnych, armat, żab, krzywych ślimaków[3], mew i fok (nie widzieliśmy, pogoda podobno nie sprzyjała). Można nawet przenocować.
Dueodde
Plaża podobna wielkością do świnoujskiej, ale z 99% mniej ludzi, bez parawanów, śmieci [4], budek z żarciem[5], megafonów, dmuchanych zamków itp. Sama natura.
Oczywiście, jak to w Skandynawii wszystko jest przyjazne dla rodzin i dzieci, a pogoda dla tych, którzy nie lubią ekstremów - jest mile ciepło, ale nie gorąco, wilgotno, ale nie parno, wieczory chłodnawe, ale nie zimne.
Dopłynąć można ze Świnoujścia (piesi, rowery, samochody) lub Kołobrzegu (piesi i rowery). Płynie się zaskakująco długo, bo 5-5,5h, niewiele dłużej trwa podróż ze Świnoujścia do Ystad.
[1] Jako eksponat prawdziwa kupa dinozaura.
[2] Przy tej samej sile wiatru na promie Świnujście - Rønne można spokojnie napić się gorącego napoju z filiżanki lub zjeść obiad.
[3] Krzywość ślimaków objawiała się tym, że zamiast stojącej prosto skorupki miały coś, co wyglądało jak spłaszczony berecik. Podejrzewam, że to dlatego, że ślimaki te mieszkały na murach, na których ciągle wieje wiatr i takie ustawienie skorupki chroniło jest przed zwianiem.
[4] Tam w ogóle nie ma śmieci. W O G Ó L E. A N I J E D N E G O. Serio.
[5] Co ma również swoje minusy, bo w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia można trafić do jedynej w okolicy restauracji. Zupełnie przypadkowo mającej gwiazdkę Michelin. I akurat skończyli menu śniadaniowe, zapraszają na 18 na menu wieczorne. Podziękowaliśmy za zaproszenie, ale po dyskretnym zajrzeniu w kartę poszukaliśmy jednak tańszej opcji.
Zdecydowanie warto zabrać rowery. Ścieżki rowerowe wokół i w poprzek całej wyspy są dobrze opisane i zwykle wydzielone, na przykład tak, jak niżej.
Na zdjęciu wyżej widać też charakterystyczny bornholmski obrazek, czyli budkę - samoobsługowy sklepik. Wystawione tam są towary z przyczepioną ceną oraz puszka na pieniądze. I o ile na wsi taki widok nie dziwi, towary tam wiele nie są warte, ot parę kilo ziemniaków czy koszyczków malin, to spotkałam nawet taki kiosk w centrum Nexo, a w nim ustawione słoiczki z ręcznie robionymi dżemami ;)
Skoro Bornholm, to obowiązkowo wędzone śledzie.
Zamek Hammershus
Największe tego typu ruiny w północnej Europie, czyli to, co mali chłopcy lubią najbardziej.
Wejście bezpłatne.
Muzeum historii naturalnej Natur Bornholm
Czyli dinozaury[1], historia powstania wyspy, łącznie z trzęsieniem ziemi, które można poczuć, krokodyle, żubry (z dość obszerną informacją o żubrach w Białowieży) i wiele innych oraz mnóstwo rzeczy, które można (albo wręcz trzeba) dotknąć, można wykopać kości dinozaura, przesiać piasek, a żeby pojeździć samochodzikiem, najpierw trzeba ,,wypedałować'' sobie trochę energii, żeby dostać żeton.
Po ponad dwóch godzinach pobytu dzieci wyciąga się siłą i przekupstwem w postaci lodów.
Dużo informacji, łącznie z wyświetlanym filmem i zagadkami do rozwiązania jest po polsku.
Wejście płatne, ale po podpisaniu i potwierdzeniu biletów, można z nich korzystać do końca października (a przynajmniej do końca pobytu).
Christiansø i Frederiksø
Dwie wyspy, do których można dopłynąć z Gudhjem. Podróż trwa niemal godzinę i była wyczynem dość ekstremalnym ze względu na wiatr i fale[2]. Dość powiedzieć, że chyba połowę podróżnych dopadła choroba morska. A H. skulił się na pokładzie, przytulił do liny i zasnął.
Wyspy maleńkie, do obejścia na jeden raz, nie mają nawet dróg dla samochodów, ale za to masę murów obronnych, armat, żab, krzywych ślimaków[3], mew i fok (nie widzieliśmy, pogoda podobno nie sprzyjała). Można nawet przenocować.
Dueodde
Plaża podobna wielkością do świnoujskiej, ale z 99% mniej ludzi, bez parawanów, śmieci [4], budek z żarciem[5], megafonów, dmuchanych zamków itp. Sama natura.
Oczywiście, jak to w Skandynawii wszystko jest przyjazne dla rodzin i dzieci, a pogoda dla tych, którzy nie lubią ekstremów - jest mile ciepło, ale nie gorąco, wilgotno, ale nie parno, wieczory chłodnawe, ale nie zimne.
Dopłynąć można ze Świnoujścia (piesi, rowery, samochody) lub Kołobrzegu (piesi i rowery). Płynie się zaskakująco długo, bo 5-5,5h, niewiele dłużej trwa podróż ze Świnoujścia do Ystad.
[1] Jako eksponat prawdziwa kupa dinozaura.
[2] Przy tej samej sile wiatru na promie Świnujście - Rønne można spokojnie napić się gorącego napoju z filiżanki lub zjeść obiad.
[3] Krzywość ślimaków objawiała się tym, że zamiast stojącej prosto skorupki miały coś, co wyglądało jak spłaszczony berecik. Podejrzewam, że to dlatego, że ślimaki te mieszkały na murach, na których ciągle wieje wiatr i takie ustawienie skorupki chroniło jest przed zwianiem.
[4] Tam w ogóle nie ma śmieci. W O G Ó L E. A N I J E D N E G O. Serio.
[5] Co ma również swoje minusy, bo w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia można trafić do jedynej w okolicy restauracji. Zupełnie przypadkowo mającej gwiazdkę Michelin. I akurat skończyli menu śniadaniowe, zapraszają na 18 na menu wieczorne. Podziękowaliśmy za zaproszenie, ale po dyskretnym zajrzeniu w kartę poszukaliśmy jednak tańszej opcji.
Etykiety:
reszta
wtorek, 10 lipca 2018
poniedziałek, 11 czerwca 2018
czwartek, 8 marca 2018
O korkach
Google+ rano i po południu informuje mnie o natężeniu ruchu na trasie dom-praca. Ma trzy poziomy, mniej więcej:
- ruch normalny
- ruch wzmożony
- duże korki.
Jednak biorąc pod uwagę miejsce, w którym mieszkam, proponuję zmienić kolejność na:
- ruch wzmożony
- duże korki
- ruch normalny.
- ruch normalny
- ruch wzmożony
- duże korki.
Jednak biorąc pod uwagę miejsce, w którym mieszkam, proponuję zmienić kolejność na:
- ruch wzmożony
- duże korki
- ruch normalny.
Etykiety:
reszta
poniedziałek, 18 września 2017
Po wekendzie w Berlinie
Pamiętam, że 30 lat temu szok kulturowy przeżywało się nawet po przekroczeniu granicy Wschodnich Niemiec. Teraz nie mam tego poczucia nawet w Berlinie. Owszem, napisy inne, języków jakby więcej, ludzie bardziej kolorowi (i nie chodzi mi o kolor skóry, ale raczej ogólny wygląd), ale nie mam poczucia, że jestem gdzieś daleko, a w telefonie działają te same aplikacje (Uber, Nextbike).
Trochę ponad 10 lat temu do Bundestagu wchodziło się co prawda po kontroli, ale bez umawiania i sama kontrola była w drzwiach budynku. Teraz trzeba mieć rezerwację, a kontrola przebiega w kontenerach przed budynkiem. Najbliższy wolny termin był nazajutrz.
Na trasie Bundestag/Brama Brandenburska - Alexanderplatz trochę ścigaliśmy się z manifestacją pro-choice (chyba, bo wyglądała na dość różnorodną i wielopaństwową).
Na wieże telewizyjną warto też wcześniej zarezerwować bilet, bo się czeka. Nam się nie chciało. Na pocieszenie weszliśmy na Kolumnę Zwycięstwa. Schody niecałe 300 stopni, taras 50m nad ziemią, ale po całym dniu na nogach to też niezły wyczyn.
Niestety jeden dzień to za mało, żeby zobaczyć więcej niż fasady muzeów.
I radzę pamiętać, że jeśli jedziesz na weekend z mężem, bez dzieci, to warto wyciszać telefon. Żeby nie być rano obudzonym ,,Mama, powiedz mu coś, bo nie chce założyć skarpetek!''.
Trochę ponad 10 lat temu do Bundestagu wchodziło się co prawda po kontroli, ale bez umawiania i sama kontrola była w drzwiach budynku. Teraz trzeba mieć rezerwację, a kontrola przebiega w kontenerach przed budynkiem. Najbliższy wolny termin był nazajutrz.
Na trasie Bundestag/Brama Brandenburska - Alexanderplatz trochę ścigaliśmy się z manifestacją pro-choice (chyba, bo wyglądała na dość różnorodną i wielopaństwową).
Na wieże telewizyjną warto też wcześniej zarezerwować bilet, bo się czeka. Nam się nie chciało. Na pocieszenie weszliśmy na Kolumnę Zwycięstwa. Schody niecałe 300 stopni, taras 50m nad ziemią, ale po całym dniu na nogach to też niezły wyczyn.
Niestety jeden dzień to za mało, żeby zobaczyć więcej niż fasady muzeów.
I radzę pamiętać, że jeśli jedziesz na weekend z mężem, bez dzieci, to warto wyciszać telefon. Żeby nie być rano obudzonym ,,Mama, powiedz mu coś, bo nie chce założyć skarpetek!''.
Etykiety:
reszta
wtorek, 5 września 2017
czwartek, 20 lipca 2017
Kilka wspomnień znad jeziora o nazwie jak półka z Ikei [1]
Szwecja (a przynajmniej jest dolna ćwiartka) składa się praktycznie z wody i zieleni, toteż znalezienie domku z takim widokiem nie jest żadnym problemem.
Do wypoczynku Szwedzi nie potrzebują setki straganów w tandetą, miliona budek z byleczym, głośnej muzyki i tłumów. Nawet w tych większych miejscowościach turystycznych infrastruktura ogranicza się do miejsca na kemping, restauracji, budki z lodami i placu zabaw dla dzieci. Nawet sklep spożywczy bywa dopiero w miasteczku 10km dalej.
Nie potrzebują również wielu przydrożnych reklam. Na przykład informację o restauracji za kilka kilometrów można zupełnie spokojnie zawrzeć przecież w znaku D-28.
Szwedzi swój wrodzony spokój, brak pośpiechu i potrzebę przestrzegania przepisów w szczególny sposób okazują na drogach. Nie jest niczym dziwnym obserwowanie jak na autostradzie (przy ograniczeniu do 120km/h) jedno nowe wypasione volvo z milionem koni mechanicznych dostojnie z prędkością 119km/h wyprzedza inne równie nowe, jeszcze bardziej wypasione volvo z milionem koni mechanicznych, jadące 118km/h. Zresztą, nie trzeba się martwić myśleniem, jaka jest aktualnie dozwolona prędkość, bo zawsze znak z prędkością jest umieszczony przy drodze (dla porównania tak jest w Polsce).
Latem jest jasno. Cały czas. Zdjęcie powyżej obejmuje miejsce zarówno zachodu, jak i wschodu słońca (cudownie, prawda? ;) ), przy czym zachód traktujmy umownie, bo i tak poświatę słońca widać. I wbrew pozorom, ta część Szwecji ma bardzo umiarkowany klimat, po raz kolejny trafiliśmy w lipcu na 20-22 stopnie przy praktycznie braku deszczu. Idealnie.
Łoś-spotting: nadal zero.
Knit-spotting: jedna pani dziergająca w parku przy zamku Gripsholms.
[1] Hjälmaren
Do wypoczynku Szwedzi nie potrzebują setki straganów w tandetą, miliona budek z byleczym, głośnej muzyki i tłumów. Nawet w tych większych miejscowościach turystycznych infrastruktura ogranicza się do miejsca na kemping, restauracji, budki z lodami i placu zabaw dla dzieci. Nawet sklep spożywczy bywa dopiero w miasteczku 10km dalej.
Nie potrzebują również wielu przydrożnych reklam. Na przykład informację o restauracji za kilka kilometrów można zupełnie spokojnie zawrzeć przecież w znaku D-28.
Szwedzi swój wrodzony spokój, brak pośpiechu i potrzebę przestrzegania przepisów w szczególny sposób okazują na drogach. Nie jest niczym dziwnym obserwowanie jak na autostradzie (przy ograniczeniu do 120km/h) jedno nowe wypasione volvo z milionem koni mechanicznych dostojnie z prędkością 119km/h wyprzedza inne równie nowe, jeszcze bardziej wypasione volvo z milionem koni mechanicznych, jadące 118km/h. Zresztą, nie trzeba się martwić myśleniem, jaka jest aktualnie dozwolona prędkość, bo zawsze znak z prędkością jest umieszczony przy drodze (dla porównania tak jest w Polsce).
Latem jest jasno. Cały czas. Zdjęcie powyżej obejmuje miejsce zarówno zachodu, jak i wschodu słońca (cudownie, prawda? ;) ), przy czym zachód traktujmy umownie, bo i tak poświatę słońca widać. I wbrew pozorom, ta część Szwecji ma bardzo umiarkowany klimat, po raz kolejny trafiliśmy w lipcu na 20-22 stopnie przy praktycznie braku deszczu. Idealnie.
Łoś-spotting: nadal zero.
Knit-spotting: jedna pani dziergająca w parku przy zamku Gripsholms.
[1] Hjälmaren
Etykiety:
reszta
środa, 19 lipca 2017
Czytam, choć o tym mało piszę
Doszłam w końcu do momentu, w którym zaczęły mnie nużyć kryminały. Serio. Chyba zaaplikowałam sobie zbyt dużą dawkę debiutantów kupionych w przecenie i muszę odpocząć. Jeden Galbraith na odtrutkę nie wystarczył.
Ostatnio przeczytałam (chwilowo autorkę i tytuł pominę, bo wyrzuciłam z pamięci, ale jak będzie zapotrzebowanie, to odnajdę) kryminał, którego akcja dzieje się w czasie II WŚ w Krakowie, a głównym bohaterem jest prywatny detektyw, Polak. I ten Polak owszem, ucieka czasami przed Niemcami, ale nie przeszkadza to w niczym, żeby wchodził sobie swobodnie do siedziby Gestapo (bo studiował z jednym z jej dowódców), żeby przesiadywał w kawiarniach dla Niemców, żeby uwodziła go bogata, piękna i wcale nie głupia niemiecka dama, wcześniej romansująca z najwyższymi urzędnikami Rzeszy. A ruch oporu dopuszcza go do tajemnic i daje mu misję.
I jeszcze że Gestapo robi sekcje zwłok zakatowanym przez siebie na przesłuchaniach Polakom.
Z historii jestem niestety słaba, ale naprawdę?
Po tym, gdy zaczęłam czytać Niebieski autobus Kosmowskiej (dlaczego dopiero teraz?! siedział w kindlu chyba od roku) wreszcie nie mam wrażenia, że ktoś robi ze mnie idiotę.
Ostatnio przeczytałam (chwilowo autorkę i tytuł pominę, bo wyrzuciłam z pamięci, ale jak będzie zapotrzebowanie, to odnajdę) kryminał, którego akcja dzieje się w czasie II WŚ w Krakowie, a głównym bohaterem jest prywatny detektyw, Polak. I ten Polak owszem, ucieka czasami przed Niemcami, ale nie przeszkadza to w niczym, żeby wchodził sobie swobodnie do siedziby Gestapo (bo studiował z jednym z jej dowódców), żeby przesiadywał w kawiarniach dla Niemców, żeby uwodziła go bogata, piękna i wcale nie głupia niemiecka dama, wcześniej romansująca z najwyższymi urzędnikami Rzeszy. A ruch oporu dopuszcza go do tajemnic i daje mu misję.
I jeszcze że Gestapo robi sekcje zwłok zakatowanym przez siebie na przesłuchaniach Polakom.
Z historii jestem niestety słaba, ale naprawdę?
Po tym, gdy zaczęłam czytać Niebieski autobus Kosmowskiej (dlaczego dopiero teraz?! siedział w kindlu chyba od roku) wreszcie nie mam wrażenia, że ktoś robi ze mnie idiotę.
Etykiety:
książki
wtorek, 21 marca 2017
O świadomości
W temacie dziwnych rzeczy czyhajacych na dzieci w internecie. Zadanie w podręczniku do czwartej klasy szkoły podstawowej jest takie, żeby dziecko znalazło w internecie dlaczego japońskie komiksy czyta się od prawej do lewej. Dziesieciolatki.
Etykiety:
dzieci
środa, 25 stycznia 2017
Sue Grafton, C jak cisza
Skończyłam czytać. Wiem, kto zabił. Ani słowa dlaczego i w jakich okolicznościach. Czy u Grafton zawsze tak jest i czy zawsze tytuł nie ma nic wspólnego z treścią?
Etykiety:
książki
poniedziałek, 16 stycznia 2017
Sue Grafton, C jak cisza (w trakcie)
Zuzanka już nie raz wspominała o błędach w książkach Grafton, ale litości, są pewne granice.
Sytuacja jest taka: odnajdują zakopany dawno temu w ziemi samochód. Rozmowa głównej bohaterki z jednym z obserwujących to mężczyzn.
Mówi on:
- O, tak. Samochód zajął miejsce jakichś stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych ziemi.
i dalej tłumaczy:
- Największa wywrotka, jakiej używano w tamtych czasach, miała pojemność około pięciu metrów kwadratowych.
Po pierwsze: kwadratowych?!
Po drugie: jakakolwiek by to nie była jednostka, jaki duży musiał być ten samochód (osobowy, nie wspomniałam wcześniej), żeby trzeba było 30 wywrotek do wykopania dołu, do którego by się zmieścił. Chyba że były wielkości taczek.
Sytuacja jest taka: odnajdują zakopany dawno temu w ziemi samochód. Rozmowa głównej bohaterki z jednym z obserwujących to mężczyzn.
Mówi on:
- O, tak. Samochód zajął miejsce jakichś stu pięćdziesięciu metrów kwadratowych ziemi.
i dalej tłumaczy:
- Największa wywrotka, jakiej używano w tamtych czasach, miała pojemność około pięciu metrów kwadratowych.
Po pierwsze: kwadratowych?!
Po drugie: jakakolwiek by to nie była jednostka, jaki duży musiał być ten samochód (osobowy, nie wspomniałam wcześniej), żeby trzeba było 30 wywrotek do wykopania dołu, do którego by się zmieścił. Chyba że były wielkości taczek.
Etykiety:
książki
środa, 28 grudnia 2016
Muzyka a sprawa polska
Łażąc tu i ówdzie po Youtubie fajnie jest natknąć się na kogoś, kto jest z co prawda daleka, ale do Polski zawitał, spodobało mu się, a potem to pokazał.
Jak choćby na Kanadyjczyków, którzy nakręcili teledysk miedzy innymi pod Radomiem.
W ich kolejnej piosence polskość słychać, uwaga na brzydkie słowa :)
Albo Australijczyków. Zwróćcie uwagę na naszywkę z polską flagą u wokalisty. Teledysk też był zresztą kręcony w Polsce.
Tu też wygląda znajomo
Miło, prawda?
Jak choćby na Kanadyjczyków, którzy nakręcili teledysk miedzy innymi pod Radomiem.
W ich kolejnej piosence polskość słychać, uwaga na brzydkie słowa :)
Albo Australijczyków. Zwróćcie uwagę na naszywkę z polską flagą u wokalisty. Teledysk też był zresztą kręcony w Polsce.
Tu też wygląda znajomo
Miło, prawda?
Etykiety:
muzyka
piątek, 9 grudnia 2016
Harry Dolan, Złe rzeczy się zdarzają
David Loogan jest człowiekiem z przeszłością, którą chce ukryć przed nowym otoczeniem w miasteczku, do którego właśnie się przeprowadził. Dostaje pracę jako redaktor w wydawnictwie wydającym pismo z opowiadaniami kryminalnymi. Zaprzyjaźnia się z właścicielem, z jego żoną również, a przyjaźń dodatkowo wzmacnia się, gdy zostaje poproszony o pomoc w ukryciu zwłok. I nie jest to pierwsze morderstwo w miasteczku. Jak można się domyślić, Loogan będzie jednym z głównych podejrzanych.
Jak na książkę, której akcja dzieje się wśród pracowników wydawnictwa i pisarzy, jest fatalnie zredagowana. Mam wrażenie, że jej prawdziwy redaktor wcale jej nie przeczytał, bo kwiatki są bardzo ciekawe. Choćby taki: jedna z ofiar ma na imię Sean, a detektyw - Shan. I jest scena odprawy na posterunku, w której przełożony wydaje polecenia Seanowi.
Jest też jedna scena, która nie daje mi spokoju, bo jestem pewna, że widziałam ją w jakimś filmie albo serialu, a ta książka sfilmowana nie jest. A było to tak: do głównego bohatera przychodzi znajomy, chwilę rozmawiają, po czym GB idzie na górę do sypialni po swoje rzeczy, bo gdzieś mają razem jechać. Idzie do łazienki, myje twarz i myśli, że w momencie pochylenia nad umywalką jest zupełnie bezbronny i ktoś może go od tyłu zaatakować (ważne 1). Schodzi na dół i widzi, że znajomy siedzi nieżywy w fotelu (ważne 2).
I ja to już widziałam! Tylko gdzie? Mentalista? 24h? Dexter? Chyba te okolice. Nie sądzę, żeby niezależnie od siebie kilka osób wpadło na identyczny pomysł.
Jak na książkę, której akcja dzieje się wśród pracowników wydawnictwa i pisarzy, jest fatalnie zredagowana. Mam wrażenie, że jej prawdziwy redaktor wcale jej nie przeczytał, bo kwiatki są bardzo ciekawe. Choćby taki: jedna z ofiar ma na imię Sean, a detektyw - Shan. I jest scena odprawy na posterunku, w której przełożony wydaje polecenia Seanowi.
Jest też jedna scena, która nie daje mi spokoju, bo jestem pewna, że widziałam ją w jakimś filmie albo serialu, a ta książka sfilmowana nie jest. A było to tak: do głównego bohatera przychodzi znajomy, chwilę rozmawiają, po czym GB idzie na górę do sypialni po swoje rzeczy, bo gdzieś mają razem jechać. Idzie do łazienki, myje twarz i myśli, że w momencie pochylenia nad umywalką jest zupełnie bezbronny i ktoś może go od tyłu zaatakować (ważne 1). Schodzi na dół i widzi, że znajomy siedzi nieżywy w fotelu (ważne 2).
I ja to już widziałam! Tylko gdzie? Mentalista? 24h? Dexter? Chyba te okolice. Nie sądzę, żeby niezależnie od siebie kilka osób wpadło na identyczny pomysł.
Etykiety:
książki
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















